Tak mam, że uwielbiam wrzosy. W tym roku w lesie zakwitły marniutkie, bo jest bardzo sucho, więc nie robiłam zdjęć. Za to w moim ogrodzie zachwycają orgią barw.

Co roku dosadzam kilka nowych – żeby powiększyć rabatę, ale jednocześnie też wymienić te egzemplarze, które jednak do jesieni z różnych przyczyn nie dotrwały. Na szczęście takich „wyrzuceń” nie mam więcej niż 2-3 rocznie, jak dotąd to sztuki, które wymarzły zimą. Teraz na moim prywatnym wrzosowisku rośnie już ponad 30 egzemplarzy. Wyraźnie widać, jaka jest różnica w wielkości – te małe na pierwszym planie sadzone 2 tygodnie temu, te w tle rosną już trzeci sezon i są co najmniej dwukrotnie większe.
Uprzedzając pytania – wrzosów nie przycinam, o ile nie uschły im końce albo nie nadmarzły, bo moje rabaty traktuję naturalistycznie – przetrwają najsilniejsi i w takim kształcie, jaki dała im natura. Poza tym wolę, by były wyższe, bo nawet jak trawa niezbyt przycięta są dobrze widoczne i z okna, i z bliska, i z daleka.





W ogóle nie pielęgnuję ich jakoś nadmiernie. Nie częściej niż raz na kilka tygodni wyrywam co większe chwasty i kępy trawy – tak samo zresztą traktuję też inne swoje rabaty z kwiatami. Ogród nie ma być przecież udręką, tylko przyjemnością. A mnie osobiście o wiele większą przyjemność sprawia posiedzenie sobie w nim z książką czy pospacerowanie z psem niż pielenie na kolanach. Dlatego też, by chwastom nie dawać pola do popisu, wszystkie rośliny sadzę dość gęsto, dzięki czemu rozrastając się uniemożliwiają nadmierny rozwój zielsku.



Wrzosowiska jakoś nadmiernie też nie nawożę. Raz na trzy tygodnie moje wrzosy dokarmiane są kwaśnym nawozem do borówek, tym samym traktuję też rosnące obok nich hortensje (nie pytajcie o odmiany, bo nie wiem, kupowałam odmiany krzaczaste, te które mi się po prostu podobały). I podlewam. Regularnie, tak jak inne rabaty kwiatowe. W tym roku, a lato było baaardzo suche, co 2-3 dni. Tylko hortensje świeżo posadzone dostawały codzienną dawkę wody. I tyle. Zapraszam na moje magiczne wrzosowiska.