Potrzebowałam koloru w domu. Po lnianych zasłonach, które kochałam przez ostatnie miesiące, postanowiłam, że sprawię sobie jakieś całkiem inne, nowe. A że nie uznaję sztucznych tkanin, len zaś bardzo ostatnimi czasy podrożał, postawiłam na znaną i sprawdzoną polską bawełnę. Zwykle kupuję ją w sklepie Antex (to nie jest reklama), bo nic się z nią nie dzieje, nawet po wielokrotnych praniach. A że z Mazur mam do nich daleko (sklep w stolicy), mam pewność, że zakupy przez internet, w tak delikatnej materii jak tkaniny, będą trafione. No, ale problem w tym, że wzorów i kolorów jest tam tyle, iż można nie tylko godzinami, ale i dniami siedzieć i się zastanawiać. A jak tak długo myśleć nie lubię, więc zamówiłam… różyczki w stylu schabby różowe na białym tle. Piękne, ale jak przyszły, to pomysł jednak uległ zmianie i z różyczek będzie romantyczna pościel, później. Na razie zaś domówiłam cienką bawełnę, taką najprostszą, czyli tzw. pościelówkę – grubą na tyle, że nie prześwituje, cienką na tyle, że jest miękka i łatwo się prasuje. Tym razem tzw. angielskie róże na kremowym tle. No i zakochałam się w nich. Ale takie proste zasłony byłyby zbyt proste. Dodałam więc prościutką falbankę na dole, z bawełnianej surówki. I takie oto zasłony mam za grosik. Małe, tanie, a jak cieszy!


