




Sezon na porzeczki kończy się nieubłaganie. Uwielbiam je – czarne za to, że można robić z nich pysznie zdrowe soki i galaretki. Czerwone i białe zwykle mrożę albo na bieżąco przerabiam na kompoty. Dodaję też jako kwaśny element do ciast. One po prostu muszą być w moim ogrodzie. Lubię patrzeć, jak ich szkliste koraliki mienią się w słońcu. Poza tym są łatwe w uprawie. Dostają porcję biohumusu raz albo dwa w sezonie, jak mi się przypomni. Nie lubią ich szkodniki, poza nielicznymi mszycami. Nie chorują. Odporne na suszę i niewielkie przymrozki, o które na Mazurach nietrudno. Czego chcieć więcej?
A oto mój podstawowy przepis na sok:
Sok – ja jestem zwolennikiem gotowanego, bo nie trzeba dodawać za dużo cukru. Czyli myjemy owoce, oddzielamy od łodyżek, zasypujemy cukrem (ilość wedle uznania) i czekamy kilka godzin, aż puszczą pierwszy sok. Zalewam wodą tak, by przykryła owoce i zagotowuję na malutkim ogniu. Odstawiam w chłodne miejsce do następnego dnia. Zagotowuję, gotuję na maleńkim ogniu około 30 minut. Gorący sok (bez owoców, ja oddzielam je za pomocą sitka nałożonego na lejek, który wpuszczam do słoika), wlewam do słoików, szczelnie zamykam. Pasteryzuję ok. 10 minut we wrzącej wodzie. Pychota.
Drugi sposób na zimowe zapasy z porzeczek jest jeszcze prostszy – zamrozić.
Najpierw oczywiście trzeba je dokładnie umyć, oddzielić owoce od łodyżek, osuszyć na sicie. Delikatnie wkładać łyżką do torebek na mrożonki (można oczywiście użyć pojemników do mrożenia), by się nie rozgniotły, bo trudno będzie je potem oddzielić od siebie. Zawinąć szczelnie górę i do zamrażarki. Zawsze będą pod ręką, pachnące latem. Co ważne, jak je delikatnie zapakujemy, można potem wyjąć z takiej torebki małą porcję, a resztę z powrotem schować do zamrażarki (szybko, żeby się nie zaczęły rozpuszczać).
Smacznego!