Wszystko teraz powinno być „eko” albo „bio”, albo „organic” – wszystko jedno, oznacza bowiem to samo: w zgodzie z naturą. Powinno, ale czy jest? To już zostawiam indywidualnej ocenie. U mnie, jak coś ma być eko, to na całego – z naturalnych surowców, bez sztucznych barwników, konserwantów, wykonane z poszanowaniem dla środowiska. Wielbiciele trendu naturalnego, tak w życiu, jak i tylko we wnętrzach czy ubraniach, wiedzą, że ekologicznie od zawsze miało swoje pięć minut. U mnie swoje wiele minut co roku ma bawełniana surówka.

Ja osobiście staram się być ekologiczna, ale bez ulegania chwilowym modom. W ubraniach kocham len, chociaż drogi i się gniecie. Uwielbiam także wełnę, chociaż lubi mnie podgryzać. Ale przecież nikt nie każe nosić wełnianych swetrów na gołe ciało, ale każdy się zgodzi, że najprostszy model z pięknej wełny zawsze wygląda szlachetnie. Jak nie mam jednego ani drugiego, to mam bawełnę. Za jedwabiem nie przepadam i nigdy specjalnie go nie lubiłam, ani cienkiego, ani szantungu, ani na sobie, ani we wnętrzach – o tym jednak innym razem. Bo dzisiaj chciałam przedstawić Wam wszystkim zalety… surówki bawełnianej. Znanej od lat, sławę w ubraniach zdobyła w PRL-u. Pamiętam sukienki mojej mamy, które bosko wyglądały zaraz po wyprasowaniu, ale wystarczyło usiąść, by wygniotły się straszliwie. Po praniu – katastrofa. Chyba, że ktoś wygniecione lubi. Dla mnie w ubraniach surówka za bardzo się nie sprawdza – za mało plastyczna jest jak dla mnie, po prostu. Za to we wnętrzach – nieoceniona.

Kocham jej kolor – ciepły krem, nieco wpadający w wanilię. Kolor różni się zależnie od grubości tkaniny, sposobu tkania itd. Generalnie zawsze jest to ciepły odcień kremowego. Doskonały w zestawieniach z bielami, beżami, niebieskim, zielonym, wszelkimi czerwieniami i żółciami. Ogólnie – dostosuje się do większości barw. Najcieńsze materiały delikatnie przepuszczają światło, stwarzając nastrojowy klimat. Najgrubsze obiciowe, sprawdzą się nawet jako letni dach altanki albo zasłona chroniąca przed wiatrem i zimnem (wiem, co piszę, miałam, sprawdziłam – średniej grubości bawełna przybita gwoździami na podkładkach do świerkowych słupków przetrwała 2 lata! – wiosnę, lato, jesień, zimę). Dla każdego coś dobrego.

Dla mnie surówka bawełniana, oprócz zalet wizualnych ma jeszcze jedną, największą chyba – cenę. Metr cienkiej tkaniny, jak na zdjęciu na zasłonach, można kupić już za ok. 13 zł, a ma ponad 160 cm szerokości. Dla porównania – len to wydatek minimum 55 zł za tkaninę o szerokości maks. 150 cm. Różnica jest więc wyraźna, zwłaszcza kiedy potrzebujemy np. 2 zasłony do ziemi, na które zużyjemy 5 m materiału – 65 zł do 275 zł. Oczywiście nigdy nie napiszę, że len jest gorszy – w wielu aspektach jest lepszy, ale kiedy mam akurat konieczność wewnętrzną zmiany wystroju wnętrza w domu albo altany w ogrodzie, sięgam najczęściej po bawełnianą surówkę. Pamiętać trzeba jedynie, by założyć, że w czasie pierwszego prania materiał może się skurczyć – producent zawsze powinien podać o ile, ja przyjmuję dla surówki ok. 5 proc. z długości, czyli 5 cm na każdym metrze. Im lepsza gatunkowo surówka, tym mniejsza kurczliwość. W tę tkaninę zaopatruję się wyłącznie w sklepie Antex, bo jest polskiej produkcji i zawsze trzyma fason. Nie kurczy się więcej niż 2 proc. a więc nie muszę jej prać i prasować mozolnie przed szyciem.

Tym razem do mojego domu, a zarazem pracowni, uszyłam zasłony całkiem proste, z szerokim tunelem na górze. Można na nim zasłonę powiesić bezpośrednio na drążku, ale można też tradycyjnie – na żabkach.

Mam też z wcześniejszych zapasów szyciowych zazdrostki, ale na razie nie chciałam nimi zasłaniać sobie przepięknego zimowego widoku za oknem, więc zostałam przy krótkich falbaneczkach dzierganych na szydełku (nie, nie przeze mnie). Już za chwilę wiosna, zasłony, zazdrostki i mnóstwo innych pięknych i niedrogich rzeczy do domu z mojej Wierzbowej Pracowni będzie można kupić. Zapraszam!