
Takie widoki są u mnie codziennością. Szumiące trawy, świerszcze grające wieczorami, gwieździste niebo. Kocham te widoki. Kocham przyrodę. Kocham swoje siedlisko, choć…
No właśnie, bycie w zgodzie z naturą nie jest łatwe, jeśli ktoś przejmuje się tym, co mówią, a częściej plotkują za plecami, inni. Bo w mojej okolicy nasze zarośnięte roślinnością, popularnie zwaną chwastami, siedlisko, wzbudza wiele emocji. Znakomita większość sąsiadów z mojej warmińskiej wsi, a jest ona chyba największą w gminie, patrzy na nas (bo mieszkam z córcią i mężem, psem oraz kotami i innymi stworzeniami, które zechciały znaleźć schronienie na prawie 1,5 ha naszego siedliska) co najmniej podejrzliwie. Nie włączam w tę grupę nielicznych, szlachetnych wyjątków, prowadzących ekologiczne gospodarstwa albo tych, którym nasz świat się po prostu podoba. Dziękuję im za cenne rady i szczere uśmiechy. Większość kiwa z politowaniem głowami mijając nasz kawałek świata. A poniżej, dlaczego.
Część sąsiadów ma nas za nieszkodliwych wariatów. Nieszkodliwych, bo nie psują nic poza swoim terenem, nie wchodzą w drogę, a jak trzeba, to pomogą, poplotkują, zintegrują się troszeczkę.
Część z pewnością uważa, że jesteśmy strasznymi leniami. Kosić im się nie chce. Pielić im się nie chce. Zadbać o porządek im się nie chce w obejściu – jak choćby nie pocięcie na opał starego jesiona, którego zwaliła wichura. Pech chciał, że stało się to tuż przy płocie od strony drogi, wszyscy świetnie zdążyli się mu przyjrzeć w drodze do miejscowego sklepu czy kościoła, znajdujących się tuż obok. Niejeden już chciał go zagospodarować: pociąć na opał, zrobić deski na płot, generalnie uprzątnąć, zabrać z widoku, bo przecież drewno marnuje się na oczach wszystkich. I nikt nie rozumie, mimo tłumaczeń, że ten jesion ma tam leżeć. Bo leży tam już kilka lat, bo dał życie mnóstwu zwierzątek i powoli wtapia się w ekosystem.
W co? Ano właśnie. Z powodu tego trudnego, a bardziej niezrozumiałego w praktyce słowa, część uważa nas za idiotów. Kupili wielką działkę, przeprowadzili się ze stolicy i myśleli, że samo wszystko się na niej zrobi. A tu się nie robi i trawą zarasta. Otóż połowa działki ma zarastać, w mniej czy więcej kontrolowany sposób, czy się to komuś podoba, czy nie. Mało tego, dosadzamy na tej połowie rodzime drzewa i krzewy, by docelowo stworzyć sobie kilka tys. mkw pięknego lasu. Zakochana bez pamięci jestem w prastarych puszczach i choć nie mogę mieć takiej u siebie, zrobię, co mogę, by u mnie ten kawałek radził sobie naturalnie. I jak drzewo się przewróci, ma leżeć, o ile nie jest naprawdę niezbędne np. do naprawy elementu domu czy ogrodzenia.

Druga część działki jest użytkowa. Tu stoi dom i domek-firma mojego męża, kiedyś będzie też jeszcze jeden – moja pracownia. Tu jest plac zabaw dziecka, warzywnik, sad i staw, nad którym uwielbiamy spędzać chwile, a córcia uparcie czeka na złotą rybkę. Tę kosimy, ale nie zamienialiśmy nigdy rosnących tu roślin, pospolicie zwanych chwastami, czyli m.in. babki, krwawnika, jaskrów rozłogowych, połaci bluszczyka kurdybanka w posiany z paczki trawnik. Po prostu – kosimy, nie krócej niż na 5 cm, by miło było tu chodzić. I tyle. Ale jednocześnie zostawiamy murawę na tyle wysoką, by rośliny wieczorami i nocami chłonęły wilgoć i mogły ją zakumulować na gorące, suche dni. U nas nigdy nie ma wypalonych słońcem połaci, wydeptanych czy wyleżanych śladów przez wielkiego psa (fot. poniżej). Najpierw był nowofundland Misia, teraz jest Sara

czy dziur widocznych z daleka po wypalanych chemią niechcianych roślinach.




U nas przyroda radzi sobie sama, z niewielką pomocą z naszej strony. Ogranicza się ona do nawożenia biohumusem i wspierania wszystkiego, co żyje pożytecznymi mikroorganizmami. Tyle. Tylko tyle i aż tyle. Bo o ile miłośnik nawozów mineralnych i chemicznych środków ochrony roślin pójdzie sobie z nimi w swój świat dwa czy trzy razy w całym sezonie, o tyle my musimy opryski czy podlewania powtarzać co tydzień albo dwa. Bo naturalne środki zmywa deszcz, bo nie działają ta, szybko, jak sztuczne, bo nie są tak skoncentrowane.


Pracy jest więc w utrzymaniu tego wielkiego nieporządku mnóstwo. Ale za to bardzo przyjemniej. Bo mój roztwór w opryskiwaczu pachnie melasą i ziołami. Nie używam plastikowych kombinezonów, nie noszę rękawic ochronnych ani gogli. Bo nawet jak coś, niesione wiatrem, pryśnie mi w twarz, nic się nie stanie. Nie zrobię też najmniejszej krzywdy ptakom, których z roku na rok jest coraz więcej, owadom, psu, kotom. Nie zatrujemy się ani my, ludzie, ani nikt inny. I to mi się podoba. A że nie wszystko rośnie tak pięknie, jak u sąsiadów? Przeżyję. A że plony z warzywnika nie zawsze są takie bujne, jak u innych? Nie szkodzi. Moje za to smakują i pachną o niebo lepiej, o walorach zdrowotnych nie wspominając.


„Chemiczne” warzywa i owoce to ja mogę sobie kupić w sklepie…
Przedstawiłam Wam kawałeczek mojego świata w pigułce. Po więcej zapraszam na bloga. Obiecuję pisać tak często, jak często będzie się u mnie ciekawie działo.
Wszystkiego zdrowego życzy Wam Agnieszka