
Nie ma rustykalnego ogrodu bez lilaków. Niewymagających, pięknie pachnących i wyglądających. Dziś to super krzew użytkowy, ale nie tak dawno, na Mazurach sadzono je po to, by zasłonić przed wścibskimi spojrzeniami… biedę.
O lilakach, popularnie, choć nieprawidłowo, nazywanych pachnącymi bzami, będzie dzisiaj mowa właśnie. Bo nie wyobrażam sobie bez nich rustykalnego ogrodu, a jak wiecie, taki właśnie mam.
Lilaki mają to do siebie, że pięknie się rozrastają, nie chcą od nas nawozów ani żadnej ochrony przed chorobami czy szkodnikami. Po prostu rosną. Napisałabym nawet, że rosną jak chwasty.
Sadząc je musimy pamiętać, że rozrastają się rozłogami, czyli z roku na rok nasza kępa pachnącego krzewu się rozrasta coraz bujniej na boki. Osiągają wysokość nieco ponad 2 metry. Nie bardzo mieszczą się więc na mikroskopijnych działeczkach, tym bardziej, że ich piękny, ale bardzo intensywny zapach może po prostu przeszkadzać, gdy mamy go od rana do wieczora przy otwartym oknie.
Ogólnie lilaków mam na razie kilka, planuję posadzić co najmniej drugie tyle, w tym piękny żywopłot od drogi, by zasłonić się właśnie od niepożądanych spojrzeń, bo szczerze ich nie znoszę. A na razie kilka migawek z mojego ogrodu – bzy, które widzicie na zdjęciach mają nie więcej niż 4 lata, wiele kupionych było jako niewielkie sadzonki w doniczce, a niektóre „ukradzione”, za zgodą właściciela, czyli po prostu odnoga przecięta ostrym szpadlem i wykopana od rośliny matecznej jesienią i natychmiast wsadzona na nowe miejsce.



