Czy taki w ogóle istnieje? Moja skóra podpowiada mi, że w sklepie zostały już tylko pojedyncze, taniutkie kremiki, które mojej marudnej niezwykle cerze nic nie robią. Ale taki, który by ją odżywił, odmłodził, nawilżył, a do tego przede wszystkim nie uczulił musiałam zrobić sobie sama.

Nie ukrywam – nie chadzam do kosmetyczek. Nie spłycam zmarszczek, nie udaję 18-tki mając na karku 50-tkę. Tak mam. I dobrze mi z tym. Ale bardzo lubię naturalne kosmetyki. Odkąd porzuciłam zasmrodzone miasto, spowitą duszną klimatyzacją i sztucznym światłem korporację i wyniosłam się na wieś, otoczoną łąkami, jeziorami i lasami, moja skóra odetchnęła z ulgą. Ale też coraz bardziej staje się marudna. No cóż, jak mówią specjaliści od skóry, każdy łatwo przyzwyczaja się do dobrego. Im mniej chemii w powietrzu i kosmetykach, tym skóra bardziej od nich będzie się bronić, żądając naturalnych dobroci. A że skórę, zwłaszcza głowy i twarzy, zawsze miałam trudną, łatwo nie jest.
Najgorzej mam z kremami. Nie ma mowy o żadnych witaminowych bombach, witaminach C, kwasach czy odmładzaczach – uczulają natychmiast wściekłym rumieniem. Jak? Ano tak, że 10 minut po posmarowaniu twarz zamienia się kolorem w soczystego buraka, piecze jakby cały dzień wystawiona była na działanie słońca na Gubałówce, bez żadnych filtrów. I nic, nawet natychmiastowe zmycie specyfiku, który uczulił, nie jest w stanie tego zmienić. Łagodzący panthenol czy masełko shea odrobinę zmniejszą pieczenie, ale do następnego dnia wygląd wściekłego Indianina gwarantowany.
Uczulić może wszystko,
nawet olejek eteryczny, cudnie pachnący. Nawet najbardziej dobroczynny składnik dobrze robiący większości twarzy. Moją wykończy. Uprzedzając pytania – kremy dla dzieci, nawet te uznawane za hipoalergiczne i dla AZS, uczulają równie wściekle w większości wypadków, a jeśli nawet nie wywołują rumienia, ściągają twarz tak, że czuję, jakby skóra miała za chwilę popękać. Nie znoszę takiego stanu i już.
Metodą prób i błędów, doszłam do tego, że bezpieczne dla mnie jest to, co sugerowano mi do używania dla córci, kiedy byłyśmy po porodzie w szpitalu – masełko shea, olejek migdałowy. Ja do tego dodałam jeszcze masło kakaowe i od czasu do czasu olej kokosowy, dla zapachu. Każdy z nich samodzielnie dla mnie nie zawsze jest użytkowy. Olejek migdałowy, połączony z jakimś olejkiem eterycznym dla zapachu – jako olejek do ciała. Masełko shea czyste, nierafinowane (najwięcej w nim dobroci) zawsze mam w lodówce, bo ratuje w rumieniu. Poza tym doskonale natłuszcza np. przed zimowym spacerem z psem, albo gdy wieje i pada. Na co dzień ciężkie do stosowania, bo baaardzo wolno się wchłania, jest bardzo gęste, a przez to trudno rozsmarowuje. Masełko kakaowe – super, biozgodne ze skórą człowieka nikogo uczulać nie powinno. Też zawsze je mam w lodówce, nierafinowane oczywiście. Ale samo w sobie twarde jak kamień, trzeba łupać w pudełeczku nożem, by potem odrobinę rozpuszczać w dłoni, a dopiero smarować twarz. Czasem smaruję twarz większym kawałkiem, ale miłe to nie jest. Pięknie pachnie. Nie, nie tak jak chemiczne kosmetyki z tymże składnikiem – mleczną czekoladą. Samo masełko kakaowe ma bardziej wytrawny, korzenny smak, kakaowca po prostu. Lubię go. Oleju kokosowego samodzielnie na skórę nie stosuję w ogóle. Nie zawsze go mam, jeśli kupuję to ten spożywczy i raz na rok, dosłownie, dodam do kremiku dla zapachu. Lubi wysuszać skórę.
Owszem, znalazłam dwa – dosłownie – kremy na rynku będące mieszanką ww. składników. W wielkich opakowaniach, do stosowania na ciało, a moja buzia była im także super wdzięczna za ukojenie. Niestety, wielkie, trwały u mnie tygodniami, by wreszcie resztki wyrzucić do kosza. Przez duże opakowanie – drogie. Jedno, z nieistniejącej już małej firmy wytwarzającej naturalne kosmetyki – było po prostu ubitą na bitą śmietanę mieszanką masełka shea i oleju migdałowego z kroplą witaminy E jako konserwantu. Super, lekkie, ale firmy już nie ma, kremiku też nie. Drugie robi ogólnie znana i lubiana manufaktura, w której regularnie kupuję mydła w płynie. Jak dla mnie za mało w nim masełka kakaowego i opakowanie 4 razy za duże, jak na krem do twarzy. Nawet stosowany dla mnie i córci jednocześnie, bo używamy tych samych kosmetyków naturalnych.
Fachowa literatura to podstawa
Chcąc, nie chcąc, zaopatrzyłam się w książki o kosmetykach naturalnych i ziołach osób, które w tej kwestii uważam za autorytety – Zgniewa T. Nowaka i Klaudyny Hebdy i ruszyłam po wiedzę o naturze dla skóry. Książka Klaudyny powaliła mnie mnóstwem fachowych terminów, trochę jak na lekcji chemii, ale niezbędnych dla zrozumienia tematu. Pan Nowak dla odmiany, potrafi z większości chwastów obecnych w moim ogrodzie, zrobić napary, nalewki, mikstury i maści cuda czyniące dosłownie. Po zgłębieniu tematów, dołożeniu porcji wiedzy od Łukasza Łuczaja wyszło mi czarno na białym, że… najprostsze znaczy najlepsze.
Dlaczego nie szukałam porad w internecie? Bo każdy może pisać co chce. A ja, przez 20 lat pracy w mediach wiem, że to nie jest najlepsze źródło wiedzy, a przynajmniej nie zawsze. Jak dobrze bowiem zaczniemy szukać, okaże się, że poszczególne artykuły albo są przepisane od siebie nawzajem, albo wzajemnie wykluczają. Kilka razy oszukałam się na poradach z ogrodnictwa naturalnego i odtąd bazuję wyłącznie na fachowej wiedzy.
Składając sobie w głowie to, co przeczytałam, doszłam do wniosku, że najlepiej by było, by powstał najprostszy z możliwych kremów. Składniki ma 3 podstawowe: masła shea i kakaowe oraz olejek migdałowy kosmetyczny. Z któregoś masełka zawsze można zrezygnować, pamiętając jednak, że kakaowe ma właściwości brązujące, na mnie efektu żółtej skóry po źle nałożonym samoopalaczu nie robi, ale znam osoby o bardzo jasnej karnacji, które się zdziwiły, gdy przesadziły z jego stosowaniem zamieniając się w marchewkowego ludzika.
Dla mnie ten krem ma stosunkowo łatwo się wchłaniać, nie zostawiać tłustej mażącej warstwy (mam dość tłustą miejscami cerę), nie zapychać porów dziecka i łatwo się smarować. Przy okazji dawać efekt ultra delikatnego muśnięcia słońcem – tylko przy dłuższym regularnym stosowaniu będzie to widoczne.
Oto potrzebne składniki:
łycha stołowa masła shea, czubata,
6 pompek oleju migdałowego,
dosłownie ćwierć łyżeczki do herbaty pokruszonego masła kakaowego
ewentualnie 1/5 łyżeczki wosku pszczelego (utwardzi i będzie konserwantem – jeśli nie chcemy mięciutki krem, dodajny wtedy 1 pompkę więcej olejku migdałowego – każdy krem własnoręcznie kręcony powinien mieć indywidualnie dobrane do upodobań proporcje).
Jak zrobić z nich krem?

Wszystko należy umieścić w małym kubku (byle nie metalowym). Ten z kolei wstawić do miseczki z nalaną wrzącą wodą, tak by ta była powyżej linii wrzuconych do kubka specyfików. I iść sobie na kawę na kilka minut. W tym czasie masełka się roztopią, olejek podgrzeje. Postawnie klarowny jasnożółty płyn – olej. Mieszamy go np. łyżeczką, nie powinno się teoretycznie dotykać do metalu, ale nie mam w domu laboratorium ani szklanych pałeczek, a na czymkolwiek drewnianym zawsze będą jakieś bakterie. Teraz wystarczy tylko zlać wszystko do sterylnego słoiczka.
Nie zakręcamy od razu. Mazidło potrzebuje około 12 godzin na stężenie. Nie wstawiamy go jednak do lodówki, a zostawiamy w chłodnym kącie domu, z dala od kaloryferów, słońca, innych źródeł ciepła, nawilżaczy i dyfuzorów olejków eterycznych, by ich cząstki nie wniknęły do kosmetyku.
Im mniejsze opakowanie, tym lepiej
Dobrym pomysłem jest zaopatrzenie się w słoiczki szklane do kosmetyków, dostępne niekiedy w aptekach, a w internecie w dużym wyborze. To wydatek kilku złotych za jeden. Najlepsze są te z ciemnego szkła, by ograniczyć dostęp światła słonecznego, które może nam kosmetyk popsuć. Ja mam ciemnobrązowe, z czarnym wykończeniem dokoła, światła żadnego nie przepuszczą. Dodatkowo, prócz nakrętki, mają przekładkę z wypustką do jej łatwego zdejmowania, ograniczającą dostęp powietrza po otwarciu. Moim zdaniem, bardzo poręczne jak na kremy naturalne, są słoiczki o pojemności 50 ml, ale z szerokim otworem na wieczko, spokojnie zmieszczą się w nich paluchy. Pamiętajmy bowiem, że ten krem nie ma żadnego konserwantu. Duże opakowanie zrobione jednorazowo może nam zjełczeć. Oczywiście, książkowo powinniśmy nabierać krem sterylnym patyczkiem, za każdym razem wyjałowionym, ale umówmy się – zwykle używamy do tego paluchów własnych. Jeśli wcześniej zostaną wymyte wodą z mydłem nic raczej się nie stanie.

Jak przechowywać naturalne kosmetyki?
Kosmetyku nigdy, przenigdy nie zostawiamy w pobliżu kaloryferów, piecyków, kuchenkli gazowej itd. Nie zostawiamy otwartego słoiczka. To wystarczy, by służył nam bezpiecznie około dwóch tygodni, a nawet więcej. Jeśli kosmetyk chcemy nieco utrwalić, można dodać wosk pszczeli. Nada się on też jako utwardzacz, bo krem będzie bardziej zwięzły. Nadamy mu też subtelny miodowy zapach. Pamiętajmy też, że masełko shea zawsze będzie miało strukturę maleńkich grudełek, wyczuwalnych pod palcami w czasie smarowania – to naturalne. Im jednak mniej mrozimy kosmetyk, tym łatwiej będzie je rozsmarować. Dlatego moje zawsze stoją na okiennym parapecie, na który nie pada słońce. I to wystarczy.
Ile to kosztuje?
Kremik, razem ze słoikiem, kosztuje może 12 zł. Pamiętajmy, że opakowania masełek i olejku starczą nam na co najmniej kilka takich słoiczków, a jeszcze pewnie i balsam do ciała też. Składniki, poza olejkiem i woskiem, przechowuję w lodówce, by jak najdłużej zachowały świeżość. Kupuję tylko w sprawdzonym sklepie, polskiej firmy, która specjalizuje się w produkcji i dystrybucji olejów naturalnych (znajdziecie bez trudu w Internecie). Dzięki temu mam gwarancję, że produkty są świeże i były prawidłowo przechowywane, a po podstawowy warunek, by krem nam się udał.
Właściwości naszej samodzielnie ukręconej mikstury:
nie uczula
nawilża
odżywia
uelastycznia skórę
ma właściwości spłycające drobne zmarszczki
chroni wrażliwą skórę przed nadmiernym działaniem wiatru czy mrozu
delikatnie natłuszcza
masło kakaowe działa dodatkowo jak delikatny filtr przeciwsłoneczny oraz bardzo delikatnie brązuje skórę (tylko przy regularnym stosowaniu)
dość szybko się wchłania, pozostawiając na delikatnej skórze twarzy cieniutką warstwę ochronną.
Mam nadzieję, że zainspirowałam Was do zrobienia super odżywczego i zdrowego kremu. Powodzenia! W razie pytań – piszcie agnieszka.kozera@wierzbowisko.pl