Uwielbiam go. Kocham jego zapach, kolor, smak – ale tylko, jeśli mówimy o owocach. Kwiaty pięknie pachną, nieco dusząco, ale kiedy rosną na wielkich krzakach w ogrodzie. Lemoniada z nich jest dla mnie nie do przejścia. Ale… to kwestia gustu. Tak czy inaczej jedne i drugie są prawdziwą skarbnicą dobroci dla naszego organizmu.
Dawniej wierzono, że krzaki bzu posadzone blisko domu chronią od złych mocy, duchów i czarownic. Wszyscy też pewnie pamiętają, iż w znanych większości opowieściach o Harrym Potterze najpotężniejsze różdżki wykonane były właśnie z gałęzi czarnego bzu. Do dzisiaj wiadomo, iż te niepozorne z wyglądu rośliny kryją w sobie potężne moce, o ile umiemy i chcemy z nich skorzystać.

Czarny bez to roślina dla mnie szczególna. Daje poczucie spokoju… O to, że – niezależnie od wariactw pogody, które co roku nas zaskakują – da mi swoje plony. Da mi kwiaty, owoce, liście. Tak, tak – liście też są bardzo użyteczne, w ogrodzie – ale o wszystkim po kolei.
Kwiaty
Mają specyficzny, mocny zapach. Pojawiają się na krzakach w czerwcu. Zależnie od pogody, ten bez kwitnie około dwóch tygodni. W cieniu – później, kiedy upał i susza – skraca kwitnienie, bo pozbawione właściwej ilości wody rośliny szybciej zrzucają kwiaty. Nie znaczy to jednak wcale, że ich nie będzie. Trzeba jedynie spieszyć się ze zbiorami.
Kwiaty czarnego bzu nie są moimi ulubiony surowcami z obróbce. Po pierwsze, by miały swą moc, trzeba zbierać je w pełni kwitnienia, uważając, by nie osypało się przy tym za dużo cennego pyłku. Kwiatów nie myjemy pod żadnym pozorem. Odkładamy na co najmniej kilkanaście minut po zbiorze, czekając aż wyjdą z nich ewentualnie kryjące się w płatkach żyjątka wszelkiej maści. Wykorzystujemy je na kilka sposobów.
Jedni uwielbiają smażone. Tak, tak. Robimy ciasto naleśnikowe. Na głębokiej patelni albo w garnku rozgrzewamy sporo oleju, baldachy kwiatów moczymy dokładnie w cieście i zatapiamy w gorącym tłuszczu, czekając aż się upieką na złoto. W tym przypadku o walorach zdrowotnych raczej się nie wspomina, atrakcją jest smak.
O wiele więcej zdrowotnego pożytku jest z lemoniady wykonanej z tychże kwiatów. Przepis – banalny, wiele razy modyfikowany już przez jej wielbicieli. Najprościej – same kwiaty odcinamy i około garści zalewamy wodą – może być z butelki, może być przegotowana. Czekamy minimum godzinę aż naciągnie smak, zapach i słomkowy kolor. Dodajemy do smaku cukier albo miód (można dodać go już wcześniej, na etapie zalewania kwiatów), cytrynę, wodę gazowaną, kostki lodu. I gotowe! Dla mnie kwiatowo-mydełkowy zapach tej lemoniady jest nie do przejścia. Chętnie przytuliłabym go w płynie do prania, mydle, zapachy do szafy, ale w doku – nijak.
Wiem jednak z dobrych źródeł, że są jej miłośnicy. I dlatego co roku robię też sok, a właściwie odwar z kwiatów czarnego bzu i zamykam w małych słoiczkach, na prezenty właśnie. Robi się go banalnie prosto – nie spodziewajcie się aptecznych gramatur, bo każdy z nas ma inny smak, więc swoje przetwory przyrządzam „na oko”. I tak do 5-litrowego garnka wrzucam do pełna kwiaty bzu, starając się nie tracić przy tym pyłku i odcinając możliwie jak najdokładniej gałązki. Zasypuję ok. 75 dag cukru, zwykle trzcinowego – od razu przy tym daje on złoty kolor i nieco korzenny smak, jeśli chcemy mieć cukier neutralny, użyjmy zwykłego, białego. Zalewam zimną wodą do pełna i od razu widać jak kwiaty ubijają się w garnku. Mieszam. Gotuję na niewielkim ogniu ok. 15 minut od wrzenia. Odstawiam na kilka godzin co najmniej, w chłodne ciemne miejsce, by naciągnął smak i zapach – jeśli bardzo się nam spieszy, możemy ten etap pominąć i chwilę dłużej popyrkać na ogniu, ale wtedy zabijamy więcej dobroczynnych składników. Ponownie stawiamy na ogień, możemy dodać plastry cytryny, do smaku, gotujemy chwilę. Wrzące przelewamy do butelek albo słoików, koniecznie wysterylizowanych (ja przelewam każdy dokładnie wrzącą wodą). Zakręcamy szczelnie. Ja zawsze jeszcze 5 minut pasteryzuję (dla pewności) – czyli wstawiam do garnka z wrzącą wodą. I już.
Taki napój pomaga w przeziębieniu – rozrzedza katar, działa wykrztuśnie, pity w małych ilościach regularnie może pomóc w podnoszeniu odporności naszego organizmu. Ma też łagodne działanie antywirusowe, też pomagające zwalczać infekcje. Nieco mocniej niż sok zadziałają zalane wrzątkiem suszone kwiaty bzu – te o wiele częściej można też kupić w sklepach zielarskich. Ja jednak używam wyłącznie tych, które pozbieram sama. Wiem bowiem, że to surowiec zebrany w moim ogrodzie, nie przy drodze, bo wtedy karmimy się też spalinami, jakie osiadają na tym, co jemy, bez chemii – o ile sam czarny bez żadnej ochrony chemicznej nie potrzebuje, o tyle te przemysłowo uprawiane i rosnące w ogrodach sowicie traktowanych chemią (większość w dzisiejszych czasach, niestety), również czerpią z gleby i powietrza tę samą truciznę, którą zwalczacie chwasty, szkodniki, nawozicie, by szybciej i piękniej rosły rośliny. A potem trujemy się, myśląc, że wspieramy zdrowie.
Kwiaty suszymy na dwa sposoby – można rozłożyć je na przewiewnej gazie, papierze (byle bez farby drukarskiej), niezadrukowanym płótnie – w ciepłym, przewiewnym miejscu, bez dostępu wilgoci, ale nie na słońcu. I czekać aż wyschną na wiórki. Wielu w tym celu używa strychów swoich domów, gdzie latem panuje wysoka temperatura. Ostudzić starannie i zamknąć w słoikach, trzymać w ciemnym miejscu. Studzenie jest ważne, bo jeśli słoik zakręcimy za wcześnie, nasze zbiory spleśnieją. Można też suszyć w zwykłej suszarce do owoców (grzybów) – ja tak robię i zawsze się sprawdza.
Kiedy potrzebujemy, kwiaty wystarczy zalać wrzątkiem, jak herbatkę, potrzymać pod przykryciem kilka minut i gotowe do picia, najlepiej parzyć na sitku albo przecedzić po zaparzeniu.
Owoce
Owoce to mój ulubiony surowiec. Pamiętajmy jednak, że NIEDOJRZAŁE SĄ TRUJĄCE. Pod żadnym pozorem nie możemy przerabiać owoców, jeśli są wiśniowej albo zielonej barwy. Muszą być prawie czarne, jak te na zdjęciu. Nigdy też nie jemy ich na surowo, muszą być potraktowane wysoką temperaturą, wtedy stają się dla nas bezpieczne. W przeciwnym razie narażamy się co najmniej na biegunkę i wymioty.
Według mnie najlepszy z kwiatów jest sok. Pięknie pachnie, ma cudny ciemny kolor, smakuje nieco wytrawnie. Dla mnie – bomba. Ma mocniejsze od kwiatów działanie moczopędne – doskonałe dla zmagających się z chorobami nerek (pamiętajmy, że nie zastąpi jego picie wizyty u lekarza ani często też nie uchroni od stosowania medykamentów, stosowanie środków z czarnego bzu, podobnie jak innych specyfików ziołowych należy też zgłosić lekarzowi, jeśli idziemy po jakiekolwiek inne leki, bo substancje działające w bzie mogą wchodzić w groźne interakcje). Wspomaga walkę z przeziębieniem – działa napotnie, rozrzedza katar, działa wykrztuśnie. Przegoni niegroźne wirusy, a także podniesie odporność organizmu.
Jak się go robi? Tak samo, jak wszystkie inne soki, ale obrabiane pod wpływem wysokiej temperatury – czarnego bzu nie jemy surowego. Czyli obieramy kulki z baldachów (tylko idealnie czarne), myjemy, wrzucamy go garnka. Ja do 5-litrowego garnka wsypuję ich 3/4 objętości. Zasypuję niecałym kilogramem cukru. Ubijam nieco tłuczkiem i odstawiam na godzinkę, by owoce zaczęły puszczać sok. Zalewam wodą do pełna. Gotuję na niewielkim ogniu ok. 30 minut od wrzenia. Odstawiam na noc w chłodne miejsce, by owoce oddały wodzie jak najwięcej dobrych składników. Potem zagotowuję, pyrka sobie mikstura na gazie jeszcze kwadrans i odcedzone przelewam do słoików. (Próbuje wcześniej czy sok jest dostatecznie słodki, ja wolę wytrawny w smaku, ale też nie można bardzo uszczuplić porcji cukru, bo jest on konserwantem naszego soku). Słoiki czy butelki szklane – jak kto woli, szczelnie zamykam i pasteryzuję, jak w przypadku lemoniady. Gotowe.
Owoce można też ususzyć, w suszarce do grzybów, piekarniku (nie stosuję tej metody osobiście), albo… zebrać już ususzone, wyglądające jak rodzynki, po sezonie, z krzaka. Zamknąć do słoików, wstawić do szafki i raczyć się naparem, kiedy potrzeba nadejdzie, W tym celu płaską łyżeczkę ususzonych owoców zalewamy wrzątkiem, czekamy kilka minut i pijemy (może być z cukrem albo miodem). I zdrowotna herbatka gotowa. Smacznego!
Liście
Na koniec kilka słów o liściach. Nie są jadalne, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Wiem natomiast, bo sama sprawdziłam w swoim ekologicznym ogrodzie, że doskonale przeganiają szkodniki. Wystarczy garść świeżo zebranych liści czarnego bzu pokroić na kawałki, zgnieść, by zaczęły puszczać nieco soku i schować w dołku wykopanym przez kreta. Drażniące go związki zapachowe sprawią, że wyniesie się on w inne miejsce.
Ważne informacje
Kochani, każde zioło, niewłaściwie stosowane, może nam zaszkodzić. Nigdy nie łączymy ich bez konsultacji z lekarzem albo farmaceutą z lekami. Nie robimy na chybił trafił mieszanek ziołowych na własną rękę, bo też mogą wchodzić ze sobą w interakcje. Nie stosujemy jednego zioła za długo, przyjmuje się maksymalnie trzy tygodniowe kuracje, ale ja polecam sięgać po nie wtedy, kiedy są potrzebne. W przypadku dzieci do lat co najmniej 6, nie stosujemy ziół bez konsultacji z lekarzem, nawet herbatki miętowej czy rumiankowej, jeśli mamy zamiar podawać je regularnie. Kiedyś ustalaniem prawidłowej kuracji zajmowały się… wiedźmy, dzisiaj certyfikowani zielarze. Najlepiej jednak zawsze zachować zdrowy rozsądek, a w razie jakichkolwiek wątpliwości skonsultować się z lekarzem.