Nie cierpię pielenia. Nie dla mnie cotygodniowe wizyty na klęczkach między grządkami i pracowite wyrywanie wszystkich chwastów. Ogród to ma być przede wszystkim frajda – tak część ozdobna, jak i użytkowa. A to wyklucza mozolne pielenie. Owszem, nie częściej niż raz na miesiąc wyrywam co większe zielsko, żeby nie zagłuszało kwiatów czy warzyw, ale bez przesady.









U progu jesieni, jak widać na dopiero co zrobionych zdjęciach, mój warzywnik wygląda jakby wszystko radośnie rosło sobie w trawie czy mniszku. Mamy już drugą połowę września, a ja pielenie kończę w sierpniu. Przecież jesienią i tak większość warzyw będzie zjedzona albo uszkodzona przez mróz – wtedy jest czas na kompleksowe czyszczenie grządek i przygotowanie ich do zimy. Co też nie znaczy, że zawsze mam na to czas. Czasem wolę iść z psem na spacer, a porządki w części warzywnej ogrodu zostawiam do wiosny. I co? I nic! wszystko rośnie jak szalone. Nie potrzebuję chemicznej tarczy, by zbierać solidne plony. Nie muszę też walczyć z mączniakiem, bo jesienią, bez silnej chemii, nie da się go uniknąć. Poza tym rośliny i tak już kończą wegetację, więc po co się truć?
W niektórych miejscach posiłkuję się włókniną. Wiem, nie jest to super ekologiczne, ale przy wielkim warzywniku i dwóch rękach własnych do pracy, bywa to czasem jedynym wybawieniem. Mam ciężką, gliniastą glebę. Latem zamienia się w ceramiczną pustynię, której nawet najostrzejszym szpadlem nie da się łatwo przebić. Włóknina sprawia, że jest ona wciąż miękka i korzenie roślin mogą się prawidłowo rozwijać. Cukinie – w rozmaitych postaciach oraz dynie poradziły sobie w tym roku we włókninie znakomicie. Wysiewane jedynie na granulowanym oborniku z paczki, którego po małej garści dostały pod korzenie młodych roślinek. Podlewane kilka razy w ciągu całego sezonu (dosłownie) biohumusem oraz Pozytywnymi Mikroorganizmami, które chroniły je przed szkodnikami, chorobami grzybowymi i wzmacniały, powodując harmonijny wzrost.
Pomidory koktajlowe, które widzicie na zdjęciach to… samosiejki. Powstały z nasion pomidorków upadłych na włókninę minionego roku – to właśnie zalety nie czyszczenia warzywnika jesienią, a dopiero wiosną. Co się miało dostać do gruntu, to się dostało. I tak oto pełnymi miseczkami zbieram właśnie teraz, we wrześniu, pomidorki, przy których nic dosłownie nie zrobiłam, poza tym, że ich nie wyrwałam, czyszcząc włókninę z chwastów. Tak samo same wysiały się rosnące obok nagietki, stanowiące tarczę ochronną wielu moich warzyw. Uwielbiam je, bo… nie lubią ich ślimaki. Przez te obślizgłe dranie nie mam ani jednej aksamitki na grządkach, bo nie mają szans zakwitnąć, gdyż zostają pożarte. Jak widać, nagietki zostawione mają zawiązki nasion, po to by wysiały się bez kiwnięcia palcem w przyszłym roku. Tak przy okazji – wysiewają się na włókninie, pięknie ją zasłaniając przed światem.
Warzywa korzeniowe – buraki, marchewki, pietruszki, a także kapusty, jarmuż czy ziemniaki, sadzę od lat w wielkich skrzyniach. Składają się one z 4 dech szerokości ok. 20 cm, położonych na skoszonej trawie. Trawa przykryta jest grubymi szarymi kartonami, a następnie wszystko wypełnione ziemią kompostową, zbieraną z kretowisk oraz kompostem z własnego kompostownika. W miarę upływu czasu kartony gniją i rozkładają się, a korzenie rosnących w skrzyniach roślin bez problemu mogą przedostać się do gruntu, by swobodnie się rozwijać. W tym czasie trawa i inne zielsko, na które położony był papier, zdążyły już się wyniszczyć, bo nie miały dostępu światła. Tak też uprawiam selery czy pory.
jak widać, bez specjalnego wysiłku, poza regularnym podlewaniem, można mieć przepyszny warzywnik. A że nie wygląda jak spod linijki? Cóż, ja linijek do sadzenia roślin nie używam. U mnie najważniejszy jest naturalny, harmonijny rozwój, bioróżnorodność i jak najmniej pracy. Polecam!